9 Nie był to dobry dzień na wyjazd do miasta. Mgła zasnuła całą okolicę, a na niebie wisiały ciężkie chmury. Eden i lady Penhollow siedziały w ciasnym powozie, z rękami złożonymi na kolanach, odwrócone od siebie. Obie udawały, że ich uwagę absorbuje pejzaż rozciągający się za oknami. Eden miała na ramionach jasny kaszmirowy szal. Za każdym razem, kiedy powóz podskakiwał na nierównej drodze, lady Penhollow sztywniała, jakby chciała utrzymać równowagę, by broń Boże nie dotknąć niemiłej towarzyszki podróży. Eden co pewien czas rzucała jakieś uprzejme uwagi, próbując rozładować napiętą atmosferę, ale z ust matki Pierce'a padały w odpowiedzi tylko monosylaby. Zapowiadany od rana deszcz zaczął padać, kiedy powóz znalazł się na przedmieściach Plympton. Nie było to duże miasto. Brukowana ulica, wzdłuż której ciągnęły się sklepy, domy w kilku rzędach, no i oczywiście kościół. Eden patrzyła przez okno z ponurą miną. Miała na głowie słomkowy kapelusz pożyczony od lady Penhollow i nie chciała, by się zniszczył. Bała się też o swoje trzewiki. Na szczęście stangret miał parasol. Niósł go nad głowami pań, kiedy maszerowały od jednego sklepu do drugiego. Godzinę później Leeds podjechał na drugą stronę ulicy, pod sklep, nad którym wisiał szyld w kształcie dłoni, z napisem Wm

(Reklama: )